uporządkuj głowę, relacje i przestrzeń.

Jak mi idzie oszczędzanie? Relacja po 3 miesiącach projektu.

Jak mi idzie oszczędzanie? Relacja po 3 miesiącach projektu.

Od pół roku spisuję wydatki, od trzech miesięcy prowadzę budżet domowy. Czy warto poświęcać na to czas? Czy można kontrolować swoje finanse i czy to się opłaca? Dziś kilka wniosków z trzymiesięcznej krucjaty ku dojrzałości finansowej.

2019 to dla mnie rok dbania o finanse. To rok, w którym w końcu doprowadzę do porządku moje życie. To również rok, kiedy przeczytam najwięcej książek, schudnę najwięcej kilo, nauczę się nowego języka obcego i generalnie zrewolucjonizuję moje życie Znacie to? Gorączka noworocznych postanowień – chcemy wszystko już! Teraz! Natychmiast! Prowadzi ona niechybnie do tego, że łapiemy za ogon za dużo srok i tkwimy w punkcie wyjścia.

Żeby tak nie było, postanowiłam w 2019 roku skupić się wyłącznie na moich finansach. Mogę być dalej gruba, mieć niewyregulowane brwi, stertę nieprzeczytanych książek, ale te finanse ogarnę. Mam na to 12 miesięcy. Na końcówce marca powiem Wam tyle – nie jest to prosta sprawa, ale cholernie warto zająć się tym tematem. I bardzo żałuję, że nie zaczęłam tego robić 10 lat temu.

Więcej na temat mojego projektu możesz przeczytać TUTAJ. Moja droga do finansowego spokoju wiedzie przez krainy – spisywanie wydatków, prowadzenia budżetu, ograniczenia kupowania i rozsądnych zakupy. Poniżej wnioski i obserwacje z każdej z nich.

SPISYWANIE WYDATKÓW

wydatki

Wesoła przygoda ze spisywaniem wydatków rozpoczęła się u mnie już w 2018. Coś mnie tknęło, żeby nie czekać na magiczne 1 stycznia 2019. I bardzo dobrze, bo okazuje się, że nie jestem najbardziej systematyczną osobą na świecie! I tak przez pierwsze dwa miesiące notorycznie zapominałam wpisywać paragony. Kolejne dwa wykazałam pewien progres (z kilkoma potknięciami i wydatkami, których ni chu-chu nie mogłam sobie przypomnieć na co były) i w końcu! Po 6 miesiącach pracy nad sobą muszę powiedzieć, że wyrobił mi się ten nawyk. Zawsze biorę paragony, pilnujemy się z M. nawzajem czy nasze zakupy zostały wpisane do tabelki. Ba! Łapię się nawet pod koniec dnia na tym, że moja głowa pyta samą siebie “czy wpisałaś dzisiejsze biedronkowe zakupy?”. Muszę przyznać, że jest to pytanie o wiele zdrowsze, niż zwyczajowe “czy nie jesteś przypadkiem teraz głodna?”

Co dało mi spisywanie wydatków?

  1. Jestem bardziej “uważna” przy robieniu zakupów. Wydając pieniądze, łapię się na tym, że od razu zadaję sobie pytanie, do jakiej kategorii wydatków mogę daną rzecz zakwalifikować. Dzięki temu, zakup przestaje być czymś, co robię “w danej chwili” a zaczyna być działaniem zaplanowanym i przemyślanym – a dokładnie o to mi chodziło! Jestem Biedronkowym Sherlockiem Holmsem. Kątem oka dostrzegę każdy najmniejszy szczegół – która kasza akurat jest w promocji i gdzie leży łosoś z najdłuższym terminem ważności.  
  2. Widzę, co mogę poprawić. Po kilku miesiącach spisywania wydatków, zauważyłam ile kasy idzie nam na piwo i mało zdrowe przekąski. Miałam taką myśl – kurcze, czy na pewno chcę wydawać co tydzień  kilkanaście-kilkadziesiąt złotych na przyjemności, które może i w danej chwili są fajne, ale w długofalowym spojrzeniu na moje życie nie pomagają w spełnianiu moich celów? Przegadaliśmy temat z M. i doszliśmy do wniosku – koniec z piwkowaniem po ciężkim dniu pracy! Pijemy piwko i czipsujemy w weekend – tylko jeżeli robimy sobie wieczór filmowy. Pozwoliło to ograniczyć około 50 złotych w miesiącu. Niby nie duża kwota, ale w skali roku daje to 600 złotych!
  3. Wiem, ile pieniędzy wydaję, bo muszę, a ile dlatego, że chcę. Wielu ludzi (w tym ja) oszukuje się, że “życie jest takie drogie” i potrzebuje nie wiadomo ile pieniędzy. Od kiedy spisuję wydatki i mam moje kategorie widzę, ile pieniędzy z wypłaty idzie na faktycznie wydatki pierwszej potrzeby (jedzenie, rachunki, paliwo) a ile to udogodnienia i luksusy, na które sobie pozwalam, bo chcę taki a nie inny standard życia. I tak 2/3 moich wydatków to faktycznie rzeczy pierwszej potrzeby. Pozostała 1/3 to rozrywka, wydatki na pasje, prezenty, dobroczynność itd.
  4. Wiem, gdzie tankować. Okazuje się, że stacja-stacji nie równa. Wpisując wydatki paliwowe wpisujemy zawsze koszt litra i lokalizację stacji. Dzięki temu odkryliśmy, że dwie stacje po drodze z naszych miejsc pracy mają o kilkanaście groszy tańsze paliwo. Robiąc w miesiącu 4 tankowania po 50 litrów, przy oszczędności średnio 13 groszy na litrze, daje nam to ok. 26 złotych oszczędności miesięcznie na jednym aucie. W skali roku “łapiemy” tym sposobem 300 złotych, tankując w miejscu, które i tak mijamy po drodze. I wiecie co? Na tych stacjach o dziwo nigdy nie ma kolejki!

PROWADZENIE BUDŻETU

O tym, że budżetować TRZEBA dowiedziałam się z bloga Finanse Bardzo Osobiste. Jestem budżetową świeżynką – robię to zaledwie od 3 miesięcy i jestem na etapie eliminacji błędów. Szerzej o budżecie i moich problemach opowiem w osobnym poście, tutaj jednak chciałabym powiedzieć co mi to daje i jak się z tym czuję na tym etapie. Po dwóch miesiącach porażek budżetowych i wielkiego niespinania się wydatków i tego co mam na koncie marzec wygląda nieco lepiej. Z prowadzeniem budżetu jest chyba trochę jak z jazdą na rowerze – początki są dość trudne, wymagają od nas dużo samozaparcia, będzie też wiele potknięć. Ale każdy kolejny raz, gdy tego siadamy, daje nam też dużo satysfakcji i faktycznie widzimy postępy.

Co daje mi prowadzenie budżetu?

  1. Dużą kontrolę nad tym, gdzie idą moje pieniądze. Decyduję na początku miesiąca ile wydam, i mam faktycznie wewnętrzny bat, który strzela zawsze, gdy chcę którąś kategorię przekroczyć. Zamiast patrzeć, jak pieniądze przeciekają mi przez palce, to ja mówię im gdzie mają iść i co mają robić.
  2. Świadomość tego, że mam z czego oszczędzać. Kiedy spisałam stan naszych kont i portfeli, potem ustaliliśmy nasze zabudżetowane wydatki zobaczyłam, że mam miejsce w budżecie i mogę te pieniądze przeznaczyć na co chcę. Mogę odłożyć je na konto oszczędnościowe! To była dla mnie swoista rewolucja! Dotąd z uporem maniaka powtarzałam sobie, że ‘tutaj nie da się oszczędzać” i “życie w Polsce jest za drogie”. Nie nie nie Aniu. Po prostu WYDAWAŁAŚ HAJS NA PIERDOŁY.
  3. Świadomość, dlaczego tak ważne jest oszczędzanie. Bardzo skrupulatnie zaplanowaliśmy nasze budżety w styczniu i lutym i już wkrótce “zdarzyło się życie” – kompletnie nieplanowane wydatki, których się zupełnie nie spodziewaliśmy. W styczniu nadarzyła się okazja do naprawy starej maszyny do szycia i maszyny do pisania, w lutym wpadł mandat drogowy i zepsuła mi się suszarka. Teraz wiem, że na takie sytuacje dobrze mieć przeznaczone pieniądze w budżecie. Jeżeli żadna z nich nie będzie mieć miejsca, budżet “pęcznieje” na kolejny miesiąc. I tak po kilku miesiącach spokoju może nam przyjść niezaplanowana awaria lodówki i konieczność wymiany tego urządzenia. Będziemy mieć na to pieniądze, a nie szukać sklepu, który oferuje raty 0%.
  4. Świadomość, że w życiu coś zawsze dzieje się kosztem czegoś innego. Budżet uświadomił mi coś, co rodzice próbowali tłuc do głowy przez cały okres dzieciństwa! “Jeżeli kupisz sobie pluszowego misia, nie kupisz sobie tej książeczki” Coś zawsze kupujemy kosztem czegoś innego. Jeżeli wydam za dużo na kosmetyki, będę musiała wydać mniej na chemię gospodarczą, rozrywkę lub używki. Budżetowanie uczy nas bardzo skutecznie, że jeżeli pozwolimy sobie na rozrzutność w jednej z naszych kategorii, pozostałe zostaną zmniejszone, żeby pokryć “straty”. To pomaga nam podjąć świadome decyzje. Ok – decyduję się kupić sobie droższy krem do twarzy, ale przez to wypiję mniej piwa w weekend. Tego typu dylematy.
  5. Realne oszczędności. A już patrząc realnie, efekty budżetowania widzieliśmy już od pierwszego miesiąca. Mimo, że mieliśmy nieplanowane wydatki i nie wszystko nam się spięło, mogliśmy zaoszczędzić 700 złotych! To jest bardzo dużo pieniędzy! W lutym poszło nam lepiej + 800 złotych których nie wydaliśmy na pierdoły. Czyli mój mały eksperyment przyniósł nam już 1500 złotych oszczędności! A minęły tylko 2 miesiące!

MNIEJ KUPOWANIA

Popełniłam w życiu kilka grzechów konsumenta. Chodziłam między koszami Biedronki głodna. Odreagowywałam stres kupowaniem artykułów biurowych. Kupowałam książki, których nie czytałam. Kupowałam krem, choć poprzedni był dopiero w połowie. Aby zerwać z tym niezbyt rozsądnym nawykiem postanowiłam w tym roku znacząco ograniczyć kupowanie. Więcej na ten temat przeczytasz w ZASADACH które sobie wymyśliłam.

To jest naprawdę najtrudniejsze na świecie. Lubię kupować sobie rzeczy. Nie jest mi łatwo przejść obojętnie obok sklepu z artykułami papierniczymi. Boli mnie fakt, że nie przeczytam w tym roku “W czepku urodzone”.

Co mi się udało?

1. Nie kupiłam żadnego zbędnego kosmetyku – udało mi się też wykończyć kilka do samego końca. I tutaj odkryłam z zaskoczeniem, że tak jak kiedyś strasznie lubiłam otwierać nowy kosmetyk, teraz czuję jakąś perwersyjną przyjemność z wykańczania tych starych. Bardzo dużo inspiracji czerpię od Ani z Addicted to Cosmetics is jej Projektu Pan. Jest coś fajnego w takim zużywaniu rzeczy do końca. Czuję, że faktycznie wykorzystałam to, co kupiłam, że zrobiłam coś dobrze. Autentycznie uwielbiam moment, gdy ze zrolowanej tubki nie da się już nic wycisnąć (#freak)

zużyte kosmetyki
Moje ofiary styczeń-luty

2. Nie kupiłam żadnego notesu – to było gigantyczne wyzwanie dla mnie. Tym bardziej, że startowały Mini Plannery PSC. Moje wysiłki docenił M., który widząc jak się staram kupił mi ten notes w prezencie z okazji Dnia Kobiet. No Złoty Facet po prostu!

3. Nie kupiłam żadnego ciucha – Zamiast kupować ciuchy, przejrzałam swoją szafę i zrobiłam wielką czystkę metodą KonMarie. Zwolniło się dużo miejsca, do tego porzuciłam niektóre ubrania, których trzymałam się kurczowo i których wcale nie miałam zamiaru ubierać. Niestety w najbliższej przyszłości czekają mnie zakupy ubraniowe – podczas Wielkiej Czystki Szafy skutecznie pozbyłam się wszystkich kardiganów. Zdałam sobie sprawę, że niektóre z nich mam już 10 lat (!) i autentycznie widać po nich wiek. I tym sposobem na wiosnę nie mam lekkich swetrów, które lubię nosić do koszul z krótkim rękawem, których mam całkiem sporo. Do tego zrobiła mi się fatalna dziura w bardzo już znoszonych czarnych spodniach i też odczuwam ich brak na tyle, że uzasadnia to zakup nowych. Udało mi się zdobyć nagrodę w pracy i dzięki temu część kosztów tych zakupów pokryję z bonów do zalando. W pracy mamy taki system benefitowy, gdzie punkty wymienia się na bony i to jest fajna opcja, żeby trochę “oszukać” system.

Ogrom moich ciuchów – unleashed!
Efekty pracy + ruszający się Pan Kot
Efekty pracy (vol 2)

4. Nie kupiłam żadnej książki ani ebooka – to było najtrudniejsze!! Do niedawna bardzo kompulsywnie kupowałam ebooki. Moja ulubiona strona z promkami “Świat czytników” była praktycznie moją stroną startową. Dobry dzień zaczynał się u mnie od przejrzenia, na co obecnie jest promocja i co mogę sobie kupić za kilkanaście złotych. Co to za wydatek, kilkanaście złotych? 14.90 zł tygodniowo daje nam 60 złotych miesięcznie. W skali roku to około 700 złotych! O ile jeszcze kupujemy książki, które faktycznie czytamy – nie widzę w tym niczego złego. Ale kupowanie tytułów “na bliżej nieokreślone kiedyśtam” powoduje, że portfel pustoszeje, a lista książek do poczytania robi się dłuższa i dłuższa.

5. Przeczytałam trzy książki z mojej obecnej biblioteczki.
“Śmierć Komandora. Pojawia się idea (t.1) – Haruki Murakami
The Bullet Journal Method: Track your past, order your present, plan for the future – Ryder Carroll
“Tatuażysta z Auschwitz” – Heather Morris

Co poszło nie tak?

1. Kupiłam długopis.
W zeszłym roku znalazłam idealny długopis – Pilot Hi-Tecpoint V5. Pisze jak marzenie. Sunie po papierze z finezją łyżwiarki figurowej. Jedyna wada tego cudownego wynalazku to jego grubość kreski. W tym roku znalazłam informację że Pilot Hi-Tecpoint V7 ma już grubszą kreskę i kupiłam go. Po kryjomu, jak największy złoczyńca, za 16.29 zł wraz z kosztami wysyłki. Zawiodłam samą siebie i pokarało mnie przy tym, bo ten nie pisze tak zjawiskowo jak wersja V5. Dobrze mi tak.

Mój zakazany owoc

2. Kilka razy poszłam na zakupy bez listy – Wiem, że kupowanie z listą sprawia, że wydaję mniej. Niemniej z przyczyn różnych kilka razy poszłam na zakupy nieprzygotowana. Efekt? Kupiłam rzeczy, których faktycznie nie potrzebuję. 

3. Kupiliśmy fontannę dla kota – Nie jest to coś, bez czego życie Pana Kota byłoby złe lub trudne. Nasz kot ma miskę i dostęp do wody. Ale wiecie co? On się tak ekscytuje, jak ma wodę która leci ciurkiem. Tryska kocią milusińskością, patrzy na człowieka, który wodę mu taką udostępni jak na przyjaciela swego najlepszego. No i kupiliśmy mu fontannę. Mimo, że przekraczało to Koci Budżet o kilknaście złoty, i nie był to zakup potrzebny. Oj WARTO było.

poidło – zdjęcie https://www.zooplus.pl/

4. Przy zmianie operatora nie doczytałam założeń poprzedniej umowy, przez co musiałam płacić rachunek za numer, którego nie używam i do którego nie mam karty przez kolejne 2 miesiące. To naprawdę moja głupota i niedopatrzenie oraz typowe wg. mnie podejście niektórych pracowników Play do klienta. Zmieniłam w grudniu operatora z Play na nju mobile. W Play miałam formułę DUET. Rachunki wychodziły około 80 złotych, w nju płacimy teraz 48 złotych/m-sc. Przy podpisywaniu umowy Play DUET, każda osoba miała swój numer telefonu, a dodatkowo dołączali “numer główny”, który miał zarządzać numerami w Duecie. Pan w salonie powiedział mi, że numer ten jest całkowicie bezpłatny, bez konsekwencji i jest konieczny aby móc korzystać z tej formy abonamentu. Przy zakończeniu umowy, dokonałam cesji jednego z dwóch numerów użytkownika oraz złożyłam wypowiedzenie na tym drugim. Zapytałam też w salonie, czy to wszystko co muszę zrobić, aby zakończyć sprawę DUETu. Usłyszałam, że owszem- nic więcej robić nie trzeba. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po miesiącu otrzymałam fakturę na około 70 złotych, za “numer główny”, który po cesji i wypowiedzeniu na numerach faktycznych stał się “aktywny” w formule SOLO. Nie miałam do niego karty, nigdy w życiu nie wykonałam z niego żadnego telefonu – a jednak, płacić trzeba było. Wzburzona zadzwoniłam na infolinię, gdzie Bardzo Nieuprzejmy Pan zaśmiał mi się w twarz i powiedział, że tak się dzieje, gdy się nie czyta dokładnie umowy przy podpisaniu. Czy też raczej – gdy się nie wraca do umowy podpisanej 2 lata wcześniej żeby wyłapać wszystkie kruczki. Tak – to był mój błąd i przez niego musiałam płacić przez 2 miesiące za numer, którego nie chciałam i nie używałam. Oczywiście pewnie ta informacja była dostępna w podpisanej przeze mnie umowie. Mam jednak żal do pracowników obsługi klienta z którymi miałam nieprzyjemność, bo dwukrotnie wprowadzili mnie w błąd w salonie (przy podpisaniu umowy, ze numer jest bezpłatny i bez konsekwencji oraz przy wypowiedzeniu umowy, że to wszystko co trzeba zrobić, aby DUET zlikwidować)

5. Dostaliśmy mandat. Bez zbędnego użalania się nad sobą – mandat drogowy 100 zł już w styczniu dał nam trochę po hamulcach 🙂 Zapłacony, nauczka za nami i będziemy mądrzejsi na przyszłość.

Tyle mojego podsumowania – wiem, że post jest długi, ale mam nadzieję, że pokazuje drogę, którą przeszliśmy od stycznia.

W kolejnym kwartale postaram się o większą ilość wpisów i bieżące info na temat tego, z czym się zmagam, co działa i co nie działa. Dziękuję serdecznie tym, którzy dobrnęli do końca 🙂

Zaczynamy rundę drugą w kwartale wiosennym 🙂

STOPKA

Zdjęcie główne: dziękuję Fabian Blank i Unsplash

 



2 thoughts on “Jak mi idzie oszczędzanie? Relacja po 3 miesiącach projektu.”

  • Konsumpcjonizm w pełnej krasie 😉 Oczywiście wszyscy tak mamy ale czy wszyscy potrafimy się z tego wyleczyć!? Niestety do tanga trzeba dwojga 😉 Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.


%d bloggers like this: